wtorek, 12 lutego 2013

Odwyk od facebooka


Wyobrażacie sobie świat bez facebooka? Mediów społecznościowych? Już widzę te odpowiedzi:

„Jasne”, „Spoko”, „Nic mnie to nie rusza”
Aha. Jasne.

Na przełomie 2012 i 2013 zrobiłem sobie detoks społecznościowy. Dwa bite tygodnie bez aktualizowania postów, wpisów, ćwierknięć. Nawet bez instagramu i forsquare. 

Serio.

Pierwsze godziny i dni były trudne. Bo sprawdzanie „co nowego” jest odruchem. To znaczy – ja tak mam. Sprawdzam na telefonie godzinę, pogodę i „co słychać”. Musiałem się więc pilnować. 
Bo jak nie, to nie. 
Poza tym – normalnie, brakowało mi wiedzy o tym, co się dzieje u znajomych. Były Święta, więc najprawdopodobniej ominąłem całą masę życzeń (nie odpisywałem, bo nie jestem burakiem, ale tak wyszło), zdjęć makowców, kotów w stroju Mikołaja i żartów o karpiach.


Po świętach, po pierwszym szoku, organizm się zaczął przystosowywać do nowej rzeczywistości. Spojrzenia na wyświetlacz telefonu stały się mniej nerwowe. Nie musiałem się również aż tak bardzo przejmować wpisując adres na komputerze. 
„www.face…. STOP”
Co zamiast?

Po pierwsze rodzina i znajomi. Dopiero przez porównanie można zobaczyć, ile czasu dziennie traci się, tak TRACI SIĘ na pielęgnowanie swojego wizerunku społecznościowego. Był czas na rozmowę – ale bez przesady, bo domownicy od Social Mediów nie odpoczywali.
Po drugie filmy i seriale – trochę nadrobiłem zaległości, ale z ciekawością zauważam, że szał mija – co z resztą jest tematem na inny wpis.
Po trzecie – książki. Kindle aż piszczał z radości że mu poświęcam tyle czasu. To znacznie lepszy relaks, niż „Bartosz, co u ciebie słychać”.

Oczywiście, czas wolności się skończył – praca, obowiązki – również w mediach społecznościowych. Trudno. Takie życie, taka kariera (!).

No i jeszcze jedno. W tych całych mediach społecznościowych, setkach znajomych nikt nie zauważył mojej nieobeconości. Nikomu mnie nie brakowało. Świat się nie zawalił. Nikt się nie obraził.


Da się? Da się!

niedziela, 10 lutego 2013

Głupsze to nowe lepsze?


Zaczynam się poważnie martwić.
O przyszłość (o przeszłość nie ma sensu, hm?).
W ramach pracy, eksperymentu tudzież prowokacji wymyślam sobie, opracowuję graficznie lub adaptuję powiedzonka dotyczące branży PR. A potem wypuszczam w świat – niech wędrują…
I oczywiście najwięcej widzów, największy zasięg, mają te propozycje dotyczące seksu, skojarzenia rodem z demotywatorów lub zawierające niecenzuralne słowa. Czyli mieszanina faktu z kwejkiem.
Zastanawiam się – czy tylko ja jestem osobą, którą to martwi? Czy może jestem przewrażliwiony – wszak facebook nie jest miejscem na poważną dyskusję i wymianę zdań. To raczej miejsce restu, melanżu i zabawy.
Ale jeśli tak dużo osób korzysta z tego medium, i nie szuka (w dużej mierze) poważniejszych treści , to dokąd zmierzamy? Czy świadomie pozwalamy sobie na odłączenie tej części umysłu, która odpowiada za głębsze przemyślenia, refleksję? Czy w sumie mamy w dupie wszystko poza okazją do pustej rozrywki?
I jestem cholernie ciekaw, czy w przyszłości nasze czasy będą traktowane z przymrużeniem oka czy też przyszli badacze będą oceniać początki XXI w taki sposób:
- Staary, kuurde. Ziomale mieli łeb wtedy, co nie ziom profesor? 
- Jasne, ziom
Już słyszę te głosy, że "ja sie fejsbuka nie tykam", że "nie mam na to czasu", "mam wyższe aspiracje". Ale, poważnie,  nie wierzę, że strony z pustą rozrywką, rubasznymi skojarzeniami czy powtarzanymi w koło memami przeglądamy po ośmiu godzinach obcowania intelektualnego z Kantem, Kierkegaardem czy Staniszkis. 

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Nie ufajcie firmom PR bez bloga ;)

Dla firmy działającej w branży PR, a więc sprzedającej efekty pracy szarych komórek „ludzi od komunikacji”, blog powinien być czymś naturalnym, a nawet obowiązkowym. Umiejętność dokonywania syntezy i analizy, sprawne przelewanie słów i myśli na „papier”, a także poczucie humoru powinny być jednym z głównych argumentów za podjęciem współpracy.

Kupując samochód – sprawdzam silnik (i kolor nadwozia), szukając mieszkania – analizuję rozkład, powierzchnię i lokalizację. Natomiast wynajmując agencję PR do reprezentowania interesów mojej firmy chcę przede wszystkim wiedzieć, czy ci ludzie potrafią myśleć, czy potrafią pisać i jakie są ich poglądy na komunikację.

Blog firmowy służy do prezentowania przemyśleń i pomysłów pracowników, a przez to do budowania wizerunku organizacji. Dla nas ważna jest też rola edukacyjna – na blogu Multi Communications nie publikujemy akademickich dysertacji, ale opisujemy te elementy naszego profesjonalnego życia, z którymi spotykamy się na co dzień . Jeżeli komuś nasz wpis przydał się w pracy lub na studiach – to świetnie.

Bloga nie pisze się z przymusu lub „bo tak wypada”. Pisze się go z własnej, wewnętrznej potrzeby, szukając wszędzie inspiracji. Mogą być to podróże, jedzenie truskawek lub pytania zadane przez dziennikarza. Nie zamierzamy mieszać się w politykę ani w religię. Nie zamierzamy też nikogo obrażać ani deprecjonować. Również nie planujemy za pomocą bloga sprzedawać naszych usług, gdyż od tego są inne kanały. Ale jeśli ktoś zechce spotkać się z nami, bo podobają mu się nasze przemyślenia i pomysły, a my wydajemy się być interesującymi ludźmi, to uznamy blog Multi Communications za pełen sukces.

Do tej pory, na blogu Multi Communications publikowało siedmiu autorów - jedni mniej, drudzy bardziej regularnie. Cały czas jesteśmy otwarci na teksty nowych autorów, ale nie jest to obowiązkiem pracowników – raczej przywilejem. Przyjęliśmy dwie zasady – piszemy o kwestiach komunikacyjnych oraz nie nudzimy. Ponieważ jesteśmy w sieci PRGN dbamy również, żeby w angielskiej wersji naszej strony znalazły się tłumaczenia naszych wpisów. Cieszą nas wszystkie sygnały o odbiorze naszych tekstów – zarówno z Polski, jak i całego świata.

Jeżeli miałbym wskazać na minusa bloga Multi Communications, to jest to czas, jaki pochłania jego przygotowanie.

Dobre teksty, jak wino, wymagają pasji twórcy oraz czasu. 

Wpis powstał jako wypowiedź dla Proto.pl na temat blogowania przez agencje PR


Wpis po raz pierwszy publikowany w serwisie www.multipr.pl

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Czar czarnych kropek

Anegdota mówi, że Leonid Breżniew (Gensek, czyli pierwszy sekretarz KPZR – dla tych którzy nie wiedzą lub zapomnieli) otwierając olimpiadę w Moskwie w 1980 roku zaczął tak:

- O…. o… o… o..

- Towarzyszu, tego się nie czyta, to symbol olimpijski – podobno podpowiedział mu ktoś. Czy ten ktoś skończył w gułagu – tego nie wiemy.

Jednak śmiało możemy powiedzieć, że Lonia w ten sposób przyłączył się do jakże teraz popularnego nurtu zakodowywania i odkodowywania informacji zawartych w obrazkach.

Tak naprawdę idea zapisywania informacji w obrazku – kodzie – ma już blisko 80 lat i rozpoczęła się w Ameryce. Od samego początku była związana z ułatwianiem i przyśpieszeniem ewidencjonowania towarów, przede wszystkim w kasach sklepowych (i takie jest dalej najpopularniejsze zastosowanie kodów paskowych na świecie).

35 lat temu powstał Europejski System Kodowania Towarów EAN (European Article Numbering). A pod koniec XX wieku został on scalony z systemem amerykańskim.

Trudno sobie dziś wyobrazić fragment rzeczywistości bez kodów paskowych – poczta, dobra masowe, komputery, motoryzacja, zaproszenia na eventy – wręcz nie da się obejść się bez danych zakodowanych w czarnych i białych polach. Szybko, schludnie i wygodnie.

Japońska firma d-barcode.com potrafi nawet dołożyć do czarnych kresek i białych pól odrobinę szaleństwa i stworzyć symbol nie tylko użyteczny, ale będący atrakcyjnym elementem opakowania.

Jednak z przyrostem danych i wzrostem mocy urządzeń przetwarzających informacje okazało się, że ciąg kilu – kilkunastu cyfr nie wystarcza do przekazywania zbyt dużej liczby informacji. Poza tym – co właściwie oznaczają oznaczają te kreski? Ktoś musi komuś przydzielić pulę kodów, ktoś musi je zgłosić itp. Dużo ktosiów, dużo problemów.

Wraz z rozwojem ręcznych (kieszonkowych) komputerów multimedialnych z dodatkową funkcją połączeń głosowych (tzw. telefonów komórkowych) okazało się, że można zrobić kod kreskowy niezależny od organizacji, koterii i układów. Kod QR sam w sobie zawiera informacje – dane kontaktowe, czysty tekst, współrzędne, adres strony www lub adres email. Każdy może sobie wygenerować ten kod i (prawie)każdy może ten kod oczytać.

Możliwości komunikacyjne dwuwymiarowych kodów paskowych są nieskończone – od umieszczania danych na wizytówkach, które skanuje się i zapisuje bezpośrednio w pamięci telefonu, przez informacje, będące rozszerzeniem plakatu, ulotki lub opakowania (skanujesz i przenosisz się na stronę internetową). Można też umieścić przy adresie znacznik położenia, a telefon z nawigacją sam doprowadzi nas do celu!

Potencjał kodów QR jest ogromny, a wykorzystanie, zwłaszcza w Polsce, ograniczone… Ciągle więc firma, która będzie miała pomysł na wykorzystanie i skomercjalizowanie go powinna zarobić sporo pieniędzy.

Na miejsca, gotowi, start!




Tekst opublikowany wcześniej w serwisie www.multipr.pl

poniedziałek, 17 października 2011

Firma zawsze jest w kryzysie, ale nie zawsze o tym wie

Tak jak jadąc samochodem kierowca spodziewa się,  że ktoś może mu wyjść przed maskę, a pojazd przed nim nagle zahamuje, tak przedsiębiorca powinienbyć przekonany, że kryzys w jego firmie prędzej lub później wydarzy się.

Co mała i średnia firma, która nie ma swojego działu komunikacji/public relations może zrobić?

  • Przygotować się i zrobić plan podstawowy na wypadek kryzysu. Należy więc odpowiedzieć na podstawowe pytania: gdzie może tkwić źródłokryzysu, czego może dotyczyć oraz kogo może dotknąć – jednym słowem zebrać jak najwięcej informacji.
  • Spisać listę kontaktów ze współpracownikami, kontrahentami, wszelakimi partnerami biznesowymi i osobami związanymi z firmą – które mogą być jakoś z kryzysem związane.
  • Ustalić kto ma prawo (i kto nie ma prawa) się wypowiadać w takiej sytuacji. Często najlepszą osobą do udzielania informacji nie jest, paradoksalnie, prezes i to z kilku powodów. W czasie kryzysu prezes ma inne ważne zadania i tym bardziej powinien koncentrować się na bieżącym zarządzaniu firmą, a wyznaczona przez niego osoba na komunikacji. Prezesi mają  tendencje do postawy, „zawsze wiemwszystko najlepiej”, co może dodatkowo rozgrzewać i tak zazwyczaj gorąca atmosferę w czasie kryzysu. I w końcu, jeśli w wypowiedzi zdarzy się jakieś przekłamanie, wtedy wina (w opinii odbiorców) spada na osobę od komunikacji, a nie na prezesa firmy.

A gdy kryzys się wydarzy… 

  • Należy rozpocząć od komunikacji, ale komunikacji z pracownikami. To oni jako pierwsi powinni wiedzieć co się stało i co władze firmy robią w tej sytuacji. Należy usiąść i wytłumaczyć im, co kryzys dla nich oznacza, bo pierwsze ich myśli dotyczą tego czy będą zwolnienia, lub czy firma nie obniży pensji. Dodatkowo pracownicy są osobami, które po pracy dyskutują o takim wydarzeniu z rodziną i znajomymi. To świetny sposób na rozprzestrzenianie  prawdziwych (bądź nieprawdziwych) informacji o kryzysie. Kluczowe jest więc wytłumaczenie załodze sytuacji, w jakiej znalazła się firma.
  • Następna jest komunikacja na zewnątrz – do wszystkich tzw. interesariuszy czyli klientów, kontrahentów, mieszkańców, dziennikarzy – wszystkich, których kryzys może dotyczyć.
Zarówno komunikacja do wewnątrz jak i na zewnątrz firmy polegać powinna na zbieraniu informacji, bieżącym raportowaniu, wyciąganiu wniosków i precyzyjnym przekazywaniu informacji. Jak często i szczegółowo firma powinna się komunikować z otoczeniem – zależy już od konkretnej sytuacji kryzysowej. To, co obowiązuje zawsze, to:
  • mówienie prawdy (co nie oznacza mówienia wszystkiego)  
  • zero dywagowania i zero gdybania (podawanie tylko informacji sprawdzonych) 
Kiedy kryzys uważa się za pokonany? Tak naprawdę, firma jest zawsze w kryzysie, tylko nie zawsze o tym wie. Dlatego kluczowe jest przygotowanie się i świadomość wagi komunikacji ze wszystkimi dookoła.

Tekst opublikowany 5.10.2011 w Pulsie Biznesu

poniedziałek, 3 października 2011

Nalewanemu alkoholowi w etykietę się nie patrzy

Ahmed spojrzał ze zdziwieniem:

- Z Polski jesteś? Nie chcesz wodka, rum, whisky? A gin?

Nie, dziękuję. Za każdym razem w Egipcie duże wrażenie robią na mnie barowe alkohole, tak zwane miejscowe. Czyli darmowe w opcji „All inclusive”. Goordon gin, Fineland Vodka, Barcadi rum, Jonny Wolker Whisky. Butelki, etykiety prawie jak oryginały. Prawie. Z dokumentacyjnego obowiązku spróbowałem kiedyś. Widzę nadal. I to jest chyba jedyna pozytywna strona tych alkoholi.

Poza tym… Na mój smak cztery alkohole powstały w tej samej kadzi, a dopiero przed butelkowaniem dodano do nich aromatu i barwnika. Coś, jakby landrynkę rozpuścić w średniej klasy bimbrze. Kilkanaście minut po otwarciu butelki aromaty ulatniają się i w każdy z alkoholi zaczyna smakować dokładnie tak samo. Choć słowo „smakować” jest w tym kontekście pewnym nadużyciem.

Ale obserwując bar doszedłem do wniosku, że opróżnienie jednej butelki zajmuje około 15 sekund.

- Tri łyski mnie podaj!

- Szest’ wodek, bystro!

I w tym chyba tkwi sekret – darowanemu drinkowi w markę się nie patrzy. Jest za darmo (to znaczy zapłacone wcześniej, w pakiecie), ma procenty, nie powoduje ślepoty – to należy pić. Tacy jak ja mogą pić piwo lub kupić bardziej markowe napoje w sklepie lub strefie wolnocłowej.

Co się stanie, jeśli kiedyś wielkie koncerny alkoholowe zaciekawią się trunkami typu Panasonix? Prawdopodobnie nic. W opcji „All inclusive” nie ważny jest smak, zapach czy marka. Ważne jest poczucie „za darmo” i „ile się chce”.


Zagadką jest więc dla mnie, po co ktoś zadaje sobie trud wymyślania marek brzmiących prawie jak oryginalne, drukowania etykiet i dobierania butelek? Taniej byłoby nalewać whisky, gin, rum i wódkę do większych baniaków. Oszczędność w transporcie, która i tak nie ma znaczenia dla klienta.

Ale pozory trzeba zachowywać. Dla lepszego samopoczucia turystów.

Na zakończenie lata - trochę ciepłych klimatów:


poniedziałek, 26 września 2011

Coca-cola: piwo, kawa i rum

One coca-cola, please – powiedziałem do Ahmeda. Ze znudzonym uśmiechem nalał mi ciemnej, gazowanej cieczy, znanej chyba na całym świecie, do firmowego, papierowego kubka. Oczywiście czerwonego. To, co odróżniało ten kubek od innych to napis – z jednej strony oryginalny, po angielsku. Z drugiej – po arabsku. Zimny, słodki i mokry napój świetnie ugasił pragnienie w klimacie zwrotnikowym. Na całe 15 minut.

Coca beer


Ponieważ minęła 10.00 zaczęto wydawać napoje z procentami. Pora na piwo – zdecydowałem. One beer, please. Cold! – Ahmed z takim samym znudzeniem sięgnął do nalewaka i po chwili podał mi złocisty, bąbel kujący napój z białą pianą na wierzchu. W papierowym kubeczku od Coca-coli.

Z zaciekawieniem zacząłem obserwować pracę przy barze. Stojąca za nim sterta czerwonych pojemniczków była imponująca i w podobnie imponującym tempie malała. Piwo, cola, tajemnicze płyny zwane przez miejscowych alkoholami (whisky, rum, wódka, gin), lody o różnych smakach – wszystko to trafiało do papierowych, czerwonych kubeczków. Kiedy zapas niepokojąco zaczął znikać, Ahmed wyjął z zaplecza kolejną, wielką paczkę. Co ciekawe, przez cały czas obok stały zwykłe, białe plastikowe kubeczki, które nie cieszyły się aż tak dużym powodzeniem.

Mimo upału, kolejnej dolewki i błogiego samopoczucia zacząłem się zastanawiać, czemu kubeczki Coca-coli cieszyły się taką popularnością. Oto moje trzy główne typy:


  1. Były papierowe, a więc biodegradowalne. Hotel, dbając o środowisko naturalne (o czym informował w łazience, w kontekście rzadszej niż codzienna wymiany ręczników) wolał używać tych właśnie kubków.

  2. Brand Coca-cola jest znany i rozpoznawany na całym świecie. Nalewając napoje i nakładając lody barmani podkreślali jakość podawanych produktów wspierając się popularną marką.

  3. Wakacyjny hotel to kilkadziesiąt nalewaków z napojami gazowanymi – przy kilkuset pokojach, tysiącach spragnionych gości liczba sprzedawanego koncentratu musi iść w potężnych ilościach. A do każdej beczki kontyngent kubeczków.

Będąc realistą doszedłem do wniosku, że na 95% chodzi o punkt trzeci. Zamówiłem kawę dla żony, dostałem czerwony kubeczek z ciepłym, aromatycznym napojem. Dodałem cukier, śmietankę i przestałem się dziwić.


ShareThis